Lindemans Aalst notuje jak na razie bardzo udany sezon. W niedzielę klub z czterema Polakami w składzie zmierzy się z Knackiem Roeselare w finale Pucharu Belgii. Przed tym spotkaniem porozmawialiśmy z rozgrywającym drużyny z Aalst, Janem Firlejem.

Marcin Paluch, s-w-o.pl: Jak podoba się panu w Lindemansie Aalst? Dlaczego wybór padł akurat na ten klub?

Jan Firlej: Muszę przyznać, że jest naprawdę fajnie. Wybór na Lindemans padł dlatego, że potrzebowałem zmiany drużyny na taką, gdzie będę regularnie występował. W ostatnim sezonie w ONICO Warszawa nie spędziłem tych minut na boisku zbyt wiele. Dwa lata temu podczas kontuzji Pawła Zagumnego miałem taki epizod, gdzie przez trzy miesiące mogłem grać mecze od deski do deski. Wiadomo, były to różne spotkania – zarówno bardzo słabe, średnie, jak i bardzo dobre. Po czasie, gdzie zasmakowałem tego grania, stwierdziłem, że kolejny klub muszę wybrać tak, bym mógł występować regularnie. Tu nadarzyła się taka okazja. Trener Lindemansa wyraził spore zainteresowanie i dało się odczuć, że chce na mnie postawić. Wiedziałem więc, ze jeżeli moja dyspozycja będzie na dobrym poziomie, to będę miał szansę spędzić na boisku dużo czasu.

Brał pan pod uwagę inne kierunki?

Rozmowy były prowadzone również z innymi zespołami, także tymi zagranicznymi. Lindemans wyraził jednak największą chęć pozyskania mnie i to własnie ten zespół najbardziej mi odpowiadał.

Po tych paru miesiącach może pan powiedzieć, że Lindemans był strzałem w dziesiątkę?

Tak, na chwilę obecną naprawdę nie możemy narzekać na wyniki. To jest jednak taki moment, że wszystko wygląda super, ale gdyby sezon teraz miał się zatrzymać, to tak naprawdę nic wielkiego jeszcze nie udałoby nam się osiągnąć. Mieliśmy parę fajnych meczów, ale nic większego jeszcze ani nie wygraliśmy, ani nie przegraliśmy. No, poza zwycięstwem w Pucharze Ligi. Wszystko inne wciąż jeszcze przed nami. Na tę chwilę jestem zadowolony i mogę powiedzieć, że Lindemans to był bardzo trafny wybór. Mam nadzieję, że dalej będziemy grali dobrą siatkówkę i cały czas będę mógł się rozwijać, spędzając jak najwięcej minut na boisku. Będę wtedy bardzo zadowolony.

W poprzednim sezonie w ONICO Warszawa tej gry trochę zabrakło –  pojawiał się pan na boisku raczej na pojedyncze zmiany. Traktuje to pan jako nieco stracony czas, czy wręcz przeciwnie – jako dobrą naukę?

Zdecydowanie nie czuję, że był to zmarnowany czas. Współpraca z trenerem Antigą i bycie częścią zespołu, który aspirował do walki o górną część tabeli i awans do fazy play-off dużo mi dały. Przez długi czas, bodajże dwa miesiące, znajdowaliśmy się nawet trzecim miejscu w tabeli, to była taka mała niespodzianka. Przez trzy lata, które w sumie spędziłem w Warszawie, dużo się nauczyłem i żadnego z tych sezonów nie mogę potraktować kategorii zmarnowanego. Myślę, że po zakończeniu poprzedniego nadszedł idealny czas, by zmienić otoczenie i w dłuższym wymiarze wykazać się na boisku.

Teraz jest pan szóstkowym graczem drużyny z Aalst. To daje panu dużo pewności siebie?

Na pewno. Bardzo się cieszę, że mogę regularnie pokazywać swoje umiejętności na boisku. Dzięki temu ta pewność siebie zdecydowanie gdzieś tam jest.

Nie miał pan żadnych obaw przed pierwszym wyjazdem do zagranicznej ligi?

Nie jestem człowiekiem, który bojaźliwie podchodzi do takiego wyjazdu. Traktuję to raczej w kategoriach nowych doświadczeń czy przeżyć. Ten wyjazd uwarunkowany był przede wszystkim sportowo, ale jest ciekawą przygodą również pod względem życiowym. Cieszę się, że mogę poznać inny kraj, inną kulturę i styl życia.

Jakie były początki w nowym miejscu?

Aklimatyzację w Aalst zdecydowanie ułatwiło mi to, że oprócz mnie w klubie jest trzech zawodników z Polski – Adrian Staszewski, Janusz Górski i Patryk Strzeżek. Patryk zresztą przyjechał do Belgii razem ze mną. Był to dla niego powrót do tego kraju po pięciu latach, bo wcześniej przez jeden sezon grał w Waremme. Dla mnie to oczywiście pierwszy taki wyjazd. Adrian i Janusz grają tutaj już od paru lat. Cieszę się, że byli na miejscu. Dzięki temu aklimatyzacja przebiegła bardzo sprawnie i mogę powiedzieć, że te początki były pozytywne.

Spędzacie ze sobą dużo czasu poza boiskiem?

Tak, sprzyja temu sytuacja, że z Adrianem Staszewskim i Januszem Górskim mieszkamy praktycznie obok siebie, budynek w budynek. Nieraz zdarza się, że między treningami czy przed meczem wyjdziemy gdzieś wspólnie, na przykład na kawę. W zespole trafiłem jednak na taką sytuację, że wszyscy poza mną mają drugie połówki, więc wiadomo, jak to czasem bywa. (śmiech) Generalnie zdarza się, że nie tylko z chłopakami z Polski, ale i z resztą drużyny, spotykamy się na wspomnianej kawie czy jakimś jedzeniu. Nie jest to może relatywnie często, ale jakiś czas na pewno spędzamy razem.

W klubie chyba darzą Polaków dużą sympatią, bo od kilku lat w składzie jest co najmniej jeden przedstawiciel naszego kraju.

To prawda. Z tego co słyszałem, nasz trener w jednym z wywiadów mówił, że ceni sobie polskich zawodników i był zadowolony praktycznie z każdego Polaka, który tutaj grał. Jesteśmy tu doceniani. Z chłopaków, którzy są tu teraz razem ze mną, najdłuższy staż w Aalst ma Adrian Staszewski. Jest tu już czwarty rok. Wcześniej grali tu również Kamil Droszyński, Piotrek Orczyk, Krzysztof Modzelewski, Maciek Kałasz czy Igor Grobelny. Więc faktycznie, trochę tych Polaków tutaj było. Mam nadzieję, że nikogo nie pominąłem. (śmiech)

Liga belgijska jest znana z tego, że od lat tytuł zdobywa albo Knack Roeselare, albo Greenyard Maaseik. Wy jednak w tym sezonie idziecie z nimi łeb w łeb.

Fakt, od wielu lat mistrzostwo Belgii przypada albo zespołowi z Maaseik, albo z Roeselare. Muszę przyznać, że wcześniej nie śledziłem ligi belgijskiej, ale ten sezon jest chyba pierwszym od jakiegoś czasu, gdy trzy zespoły idą “łeb w łeb”. Aktualna sytuacja w tabeli jest taka, że Maaseik ma czterdzieści punktów, a my i Roeselare tylko o jeden mniej. Kolejny zespół z Menen ma już dwadzieścia pięć, więc jesteśmy w tej trójce, która walczy o jak najlepsze miejsce przed play-offami. O ile się nie mylę, nasz zespół z Aalst, czyli dawny Lennik, ostatni tytuł zdobył w 1988 roku, czyli już kupę czasu temu.

Co w pana opinii jest największą siłą Lindemansa?

Moim zdaniem największą siłą naszej drużyny jest monolit, który potrafimy stworzyć na parkiecie. W paru meczach w tym sezonie pokazaliśmy już tę jedność. Może i jest to często używane stwierdzenie, ale w naszym przypadku to naprawdę główny atut. Myślę, że jeśli na boisku stanowimy ten monolit, to trudno się z nami gra i na chwilę obecną ten sezon pokazuje, że wychodzi nam to bardzo dobrze. Świadomość, że zawsze walczymy razem do samego końca daje nam dużo pewności.

Jak duża jest różnica pomiędzy poziomem drużyn z czołówki i tych z niższych sfer tabeli?

Na pewno duża. Tak jak wspomniałem, jest tu grupa czołowych zespołów – Greenyard, czyli dawne Noliko Maaseik, Knack Roeselare, my i zespół z Menen. Z tego, co się zdążyłem zorientować, od paru lat to właśnie tym drużynom zazwyczaj przypadają cztery pierwsze miejsca. Reszta ekip wyraźnie odstaje od nich poziomem. Nie jest to aż tak wyrównana liga, jak chociażby w Polsce. Pomijam już ogólny poziom, ale chodzi o sam fakt wyrównania ligi. Wcześniej w czołówce był jeszcze zespół z Antwerpii, gdzie również grało kilku Polaków. Po zbankrutowaniu zniknął jednak z siatkarskiej mapy Belgii.

Śledzi pan inne europejskie ligi?

Śledzę oczywiście naszą PlusLigę. Oglądam mecze, jestem na bieżąco. Czasami zajrzę jeszcze do ligi włoskiej.

Która jest pana ulubioną?

Moją ulubioną jest właśnie PlusLiga. Chociażby z racji pochodzenia czy tego, że przez te trzy sezony w Warszawie udało mi się tam być i czasami nawet trochę pograć. W wolnych chwilach zawsze uda się zasiąść i w internecie obejrzeć jakiś mecz.

Jak porównałby pan Euromillions League do PlusLigi?

W PlusLidze na pewno jest wyższy poziom sportowy, jeśli bierzemy pod uwagę całokształt. Tak jak mówiłem – jest to też liga bardziej wyrównana. W Belgii jednak również zdarzają się mecze na naprawdę dobrym poziomie. Są nawet takie, które nie odbiegają od tych w Polsce. W PlusLidze z pewnością jest jednak więcej równych zespołów, niż w Belgii.

Co powie pan o organizacji i zapleczu w Lindemansie?

Zespół z Aalst zawsze aspiruje do dwóch potęg z Maaseik i Roeselare. Jest to klub, który cały czas się rozwija. Trudno mi powiedzieć, jak wyglądało to tutaj wcześniej. W tym roku jest co prawda parę spraw, które mogłyby wyglądać troszeczkę lepiej, ale nie ma tu większych minusów jeśli chodzi o organizację.

Czy pod tym względem organizacyjnym jest coś, w czym Belgowie radzą sobie lepiej, niż Polacy?

Na razie mogę to przytoczyć tylko z opowieści kolegów, ale podobno organizacja większych wydarzeń, jak finał Pucharu Belgii czy decydujące mecze play-off jest tutaj znakomita. Słyszałem o tym same pozytywne opinie. Samo to, że finał Pucharu Belgii przyjdzie nam zagrać przy trzynastu tysiącach ludzi, w jednej z największych hal w kraju, robi duże wrażenie. Myślę, że fajnie byłoby zorganizować podobne wydarzenie w Polsce, na przykład właśnie przy okazji Pucharu.

A jak podoba się panu życie codzienne w Aalst?

Życie w Aalst na pewno bardzo odbiega od tego, jakie miałem wcześniej w Polsce. Czy to w Radomiu, gdzie się wychowałem, czy to w Warszawie, gdzie grałem przez trzy lata. Warszawa, wiadomo, jest bardzo duża, Radom też nie jest jakimś małym miastem. Zdecydowanie więcej się tam działo. Aalst liczy zaś osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców. To małe miasto, żyjące swoim rytmem, które najbardziej cechować może spokój.

Belgia czymś pana zaskoczyła?

Najbardziej zaskoczyła mnie poziomem tutejszych kierowców. (śmiech) Muszę powiedzieć, że jest on dosyć niski. Czasami trzeba tutaj myśleć za innych. Pierwszy przykład z brzegu – Belgowie potrafią sobie objechać rondo z prawego pasa przez wszystkie zjazdy i nie ma w tym żadnego problemu. Nie spodziewałem się, że w tym aspekcie będzie taka różnica w porównaniu do Polski.

Czego najbardziej brakuje panu za granicą?

Najbardziej z pewnością brakuje mi fizycznego kontaktu z rodziną. Wiadomo, że rozmawia się z nimi przez telefon czy na FaceTime, ale to nie jest to samo, co w cztery oczy. Spędzania czasu ze znajomymi trochę też, chociaż tutaj w zespole mamy w sumie czterech Polaków, więc codziennie można porozmawiać w ojczystym języku. Zdecydowanie brakuje mi tu również polskiej kuchni. Belgowie lubią zjeść tłusto i się objadać, więc tęsknię trochę za tą naszą kuchnią.

Belgowie interesują się siatkówką? Coraz lepsza gra reprezentacji przyciąga kibiców na trybuny?

Na te topowe mecze nasza hala zapełnia się praktycznie do ostatniego miejsca. Na spotkaniach z drużynami ze środka czy z dołu tabeli pojawia się natomiast dość mało kibiców. Myślę, że odzwierciedla to dysproporcję poziomów między czołówką a resztą ligi. Belgowie interesują się głównie tymi najważniejszymi meczami, jak własnie nadchodzący finał Pucharu Belgii. Przychodzą na nie, chcą je oglądać. Reszta meczów nie cieszy się już taką popularnością.

A jaka atmosfera panuje na meczach Lindemansa?

Przede wszystkim radosna. Jest tu trochę inaczej, niż w Polsce. Wiadomo, że nie ma co tego porównywać do polskich kibiców, bo są jednymi z najlepszych na świecie i atmosfera, jaka panuje na polskich boiskach, jest nie do podrobienia. Tutaj ludzie po prostu cieszą się wydarzeniem. W przerwach śpiewają, a w paru halach spotkałem się z orkiestrą, która przygrywała w trakcie spotkań. Ludzie starają się bardziej cieszyć samym widowiskiem, aniżeli jakoś żywiołowo dopingować swój zespół. Ten doping też oczywiście jest obecny, ale największe znaczenie na meczu ma dla nich dobra zabawa.

W tym sezonie miał pan okazję zadebiutować w europejskich pucharach. Jakie to dla pana doświadczenie?

Na pewno ciekawe. To też był jeden z czynników, dla których zdecydowałem się tutaj przejść. Wiedziałem, że będą eliminacje do Ligi Mistrzów, a jeżeli tam nam się nie powiedzie, to zagramy w Pucharze CEV. Miałem więc na uwadze, że kilka spotkań w Europie rozegramy, a przy naszej dobrej postawie będziemy mogli się tam utrzymać dłużej. Na chwilę obecną ciągle gramy w Pucharze CEV i jest to ciekawe doświadczenie, które bardzo przyda mi się na przyszłość.

Żałuje pan przegranego złotego seta z Teruel w eliminacjach Ligi Mistrzów? Potem udało wam się przecież pokonać ten zespół w 1/8 finału Pucharu CEV.

Z perspektywy czasu trochę tak, ale nie rozmyślam o tym. To jest już za nami. Po tej porażce każdy był oczywiście wściekły, natomiast teraz nikt już tego nie rozpamiętuje. Później znaleźliśmy się w Pucharze CEV, gdzie nadal mamy przed sobą kolejne cele. Tak, jak mówisz, udało nam się w nim zrewanżować drużynie z Hiszpanii. Mamy więc tę satysfakcję, że wyeliminowaliśmy ich z tych rozgrywek i pokazaliśmy, że w tym sezonie to my jesteśmy lepszym zespołem.

Kolejny mecz w ramach Pucharu CEV to rewanżowe starcie ćwierćfinałowe z Galatasaray. Po porażce w Stambule czeka was trudne zadanie.

Tak, rewanż z zespołem ze Stambułu na pewno będzie trudnym zadaniem. W Turcji przegraliśmy 3:1, gdzie myślę, ze nie zagraliśmy jakiegoś dobrego spotkania. Nie był to nasz max, a mimo to udało się ugrać seta. Galatasaray to zespół fizycznie lepszy od nas, te parametry przeważają i są po ich stronie. Myślę jednak, że jeśli zagramy tak jak potrafimy – choćby jak ostatnio z Maaseik, które pokonaliśmy 3:0 – to jesteśmy w stanie powalczyć o złotego seta, ale wiemy, że będzie to bardzo trudne zadanie. Będziemy musieli dać z siebie sto dziesięć procent.

Wspomniał pan o ostatnim spotkaniu z Greenyardem Maaseik. Wygraliście z mistrzem Belgii 3:0, a pan został wybrany najlepszym zawodnikiem meczu.

Z naszej strony to było naprawdę dobre spotkanie. Zagraliśmy równo we wszystkich elementach. Potrafiliśmy też zachować zimną głowę, kiedy Maaseik obejmowało prowadzenie. Chociażby w drugim secie – wygrywali 10:5, a mimo tego potrafiliśmy z tego wyjść i rozstrzygnąć tę partię na swoją korzyść, choć z takimi zespołami nie jest to łatwą sztuką. Greenyard nie zagrał tego spotkania na swoim najlepszym poziomie, ale trzeba przyznać, że to my również im na to nie pozwoliliśmy. Wywarliśmy na nich dużą presję na zagrywce, poza tym nasz zespół świetnie przyjmował, więc mieliśmy naprawdę dobry mecz. Udało się zgarnąć statuetkę MVP, z czego jestem zadowolony. Jest to jednak drugorzędna sprawa. To trochę wyświechtane powiedzenie, ale najbardziej cieszy zwycięstwo i dobra gra zespołu.

Taki rezultat to dobry prognostyk przed niedzielnym finałem Pucharu.

Oczywiście. Doda nam to jeszcze większej pewności siebie i nieco spokoju w trudniejszych momentach. Mam nadzieję, że doświadczenie zdobyte w tym meczu i świadomość, że naprawdę potrafimy grać fajną siatkówkę, zaprocentuje już w niedzielę. Byłoby świetnie, gdyby udało nam się zdobyć ten Puchar. Roeselare to jednak marka, która liczy się nie tylko w Belgii, ale i na świecie. W Lidze Mistrzów od paru lat pokazują, że potrafią wygrywać z naprawdę dobrymi zespołami z Turcji, Włoch czy innych topowych lig. Wiemy więc, z kim zagramy. Myślę, że to będzie bardzo zacięte spotkanie.

W klubie jest duże ciśnienie na zdobycie tego trofeum?

Tak, choćby z samego faktu, że udało nam się awansować do finału. Patrząc na wyniki z tego sezonu wszyscy oczekują dobrego meczu i naszego zwycięstwa, ale nie będzie to łatwe zadanie i wszyscy doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Oba zespoły są w stanie zgarnąć to trofeum.

Zespół z Roeselare pokonaliście już wcześniej w grudniowym finale Pucharu Ligi. Co będzie kluczem do powtórzenia tego sukcesu w niedzielę?

Z pewnością będziemy musieli wywierać na nich presję na zagrywce. Roeselare jest zespołem, który bardzo dobrze radzi sobie taktycznie, więc żeby z nimi powalczyć trzeba będzie zagrać się na wysokim poziomie w każdym elemencie. Myślę, że nie ma co rozpatrywać tu pojedynczych aspektów. Podstawą będzie jednak presja na zagrywce, czym będziemy starali się maksymalnie utrudnić im zadanie.

Porozmawiajmy chwilę o przyszłości. Mówi się, że jest pan jednym z najbardziej utalentowanych polskich rozgrywających młodego pokolenia. Widzi się pan kiedyś w reprezentacji?

Bardzo mi miło, jeżeli jest o mnie taka opinia. Z każdym sezonem staram się rozwijać, wyciągać z niego maksimum, ciężko pracować i szlifować wszystkie elementy, żeby stawać się coraz lepszym zawodnikiem. Debiut w reprezentacji jest na pewno jednym z moich pragnień. Przede mną jednak długa droga. Na razie pracuję ze spokojną głowa i robię swoje. Jeżeli kiedyś byłoby mi dane zagrać w kadrze, to byłoby to dla mnie świetne przeżycie.

Jakie jest pana największe siatkarskie marzenie?

To chyba własnie ta gra w reprezentacji. Dla większości sportowców jest nim udział w Igrzyskach Olimpijskich. Dla mnie taki wyjazd oczywiście również byłby spełnieniem marzeń, ale sam debiut w reprezentacji to byłaby już świetna rzecz. Jednak tak jak mówię – do tego jeszcze daleka droga. Skupiam się na tym, co jest teraz, czyli na ciężkiej pracy i na dawaniu z siebie maksimum, żeby później niczego nie żałować, tylko mieć świadomość, że zrobiło się to, co się dało i mieć spokojną głowę.

fot: Kamil Krawczyk/s-w-o.pl