Łukasz Kadziewicz: Mam to szczęście, że naprawdę spełniam się w tym, co robię zawodowo

Łukasz Kadziewicz to postać nietuzinkowa. Wicemistrz Świata z 2006 roku, dwukrotny Olimpijczyk, obecnie ekspert telewizji Polsat i założyciel Akademii Siatkówki wydał swoją książkę pt: „Kadziu, siatkówka & Rock’n’Roll”. Jesteście ciekawi jak wygląda teraz życie byłego już siatkarza, który zawiesił buty na sznurku?

Emilia Kotarska, Ludmiła Kamer: Miałeś sygnały od kolegów w obawie, że możesz w książce opublikować za wiele?

Łukasz Kadziewicz: Nie. Powiem szczerze, że ja nikogo nie chciałem krzywdzić tą książką. Ona została bardziej napisana z przymrużeniem oka, niż próbująca niszczyć komuś karierę czy sportowe życie. Nie, nic aż tak złego się nie działo, więc zachowałem dystans, a koledzy mi zaufali i wiedzieli, że to wszystko będzie miało ręce i nogi.

Dużo czasu poświęciłeś Raulowi Lozano. Łatwo z nim nie było, a z drugiej strony nie da się ukryć, że dla Ciebie jest to ktoś wyjątkowy?

Na pewno. Na mojej sportowej drodze spotkałem wielu trenerów, jednak ten jest tym, któremu bardzo dużo zawdzięczam, nie tylko sportowo. Raul nie bał się wyciąć tego co było złe w moim życiu, ale nauczył mnie też kultu pracy. Tego, że jak się zaangażujesz na sto procent, to będą efekty. Każdy trener dał mi dużo, ale największy sportowy sukces odniosłem z Raulem, dlatego długo i ciepło mogę o nim opowiadać.

Jednak nawet Raulowi Lozano nie udało się do końca „ogarnąć” Kadzia?

Nie, no co Ty! Fajnie to jest ujęte – nawet Raulowi się nie udało mnie ogarnąć. Ja zawsze chodzę gdzieś tam, błądząc swoimi ścieżkami. Wiele osób się wkurza z tego powodu, szczególnie moi najbliżsi. A takie coś ciężko ogarnąć (śmiech).

Jesteś „srebrnym dzieckiem polskiej siatkówki”. Tak pozostało do końca. Jest żal, niedosyt?

Nie. Skończyła się moja przygoda ze sportem, która nigdy nie była karierą. Przeżyłem fantastyczne chwile i… nie, coś się skończyło, a ja wiedziałem, że rozpocznie się kolejny, nowy etap w moim życiu.

Znowu mówisz, że nie było kariery. Zawsze używasz stwierdzeń „bawiłem się siatkówką”, „przygoda”. Będąc wicemistrzem świata, czy kilkukrotnym olimpijczykiem, to taka fałszywa skromność przemawia?

Nie, absolutnie, to nie jest fałszywa skromność. Zawodowy sport, to ciężki trening. Ja nie oszczędzałem się również po imprezach sportowych, czy po ważnych meczach. Mówię o tym głośno, żeby pokazać, że jestem zwykłym człowiekiem. Ja też mam swoje problemy.

Ale masz też sukcesy…

Tak i na bazie tych sukcesów mogę dzisiaj rozmawiać z dzieciakami i pokazać im jak fajnie można zacząć swoje sportowe życie od siatkówki. Mam świetną pracę w telewizji, która dała mi szansę. Ktoś wyciągnął do mnie rękę, abym na  sportowej „emeryturze” mógł dzielić się z innymi spostrzeżeniami, które dotyczą siatkówki. Ja jestem mega zadowolony z tego jak płynnie przeszedłem z życia do życia, do tzw. „realu”. Z lewitacji do chodzenia twardo po ziemi.

Przepraszam, ale muszę zapytać o wątek romansu z Agnieszką Kaczorowską, który postanowiłeś skomentować w mediach i wówczas, i w książce. Zdziwiło mnie to, ponieważ nigdy nie komentowałeś plotek pojawiających się na Twój temat. To był ten moment, kiedy nie wytrzymałeś. Czy było to spowodowane krzywdą jakie te plotki wyrządziły Twoim bliskim?

Dokładnie tak. To taka sfera, której mało kto chce dotykać. Niech sobie ludzie piszą, że źle tańczę, kiepsko komentuję, nie znam się na siatkówce, czy źle uczę siatkówki. Wszystko co tyczy się spraw zawodowych może być przez wszystkich komentowane, możecie po mnie „jechać”. Jestem sobą publiczną i muszę to „przyjąć na klatę”. W momencie kiedy jednak kopie się człowieka, a konsekwencje ponoszą najbliżsi, to nie jest fajne. Wiem, że to jest show biznes, ale w takich sytuacjach zastanawiam się gdzie w tym jest show, a gdzie już biznes? Mija czas, ja potrafię się zdystansować teraz do tego i tyle. Ktoś zarobił, dołożyłem komuś do kotleta. Życie.

„Czego ty naprawdę szukasz w życiu?” – ten cytat pada pod koniec książki. Znasz odpowiedź na to pytanie?

Nie i pewnie nigdy jej nie poznam. Żyję tu i teraz. Chwilowo mistrzostwami Europy, krótkimi wakacjami, czy nadchodzącym sezonem. Mam kilka planów, które dotyczą Akademii Siatkówki… Jak ktoś kiedyś powiedział, nie planuj, bo siła która jest nad nami wpływa na plany i zazwyczaj nic z nich nie wychodzi.

Wywołałeś temat Akademii Siatkówki. Kończysz granie i od razu pomysł takiego projektu, na tak dużą skalę. Skąd się to wzięło w Twojej głowie?

Wracając z Białorusi, miałem 33 lata i byłem praktycznie przekonany, że kończę swoją przygodę z siatkówką. Kolega, Paweł Szabelski, został trenerem w I lidze i mówi do mnie, że Wrocław, Lubin jest blisko, przyjedź – pogramy. Udało się awansować do PlusLigi, fajnie skończyć sezon. W Lubinie zaczęły już dochodzić do mnie sygnały, które sprowadzały mnie na ziemię. Myślałem, może Polsat, więc zacząłem coraz częściej i regularniej zaglądać do studia w okresie reprezentacyjnym. Jednak wiedziałem od początku, że chce mieć coś takiego jak Akademia Siatkówki. Mam wspaniałych kumpli, z którymi spędziłem dużo czasu na boisku – Maćka i Pawła (Dobrowolski i Siezieniewski – przyp. red.). To był mój pomysł, zaprosiłem do projektu właśnie chłopaków i dwa lata zajęło nam dopracowywanie szczegółów. Ruszyliśmy z projektem i cały czas się rozwijamy. Dołączyła do nas Asia Kaczor, ma dołączyć do nas Milena Radecka, zapraszamy do projektu również innych kolegów reprezentantów, olimpijczyków, którzy będą schodzili z boiskowej sceny. To jest fajny, transparentny projekt, do którego bardzo łatwo przystąpić, ale również bez żadnych problemów można się z niego wypisać, jeżeli dostrzeże się na przykład porażkę dydaktyczną, czy problem  w pracy z młodzieżą.

Doba ma tylko 24 godziny. Jak godzisz dom z Akademią i Polsatem, do tego wykonując różne eventy, czy tak jak teraz spotkania autorskie?

Zapytajcie mojej żony, ona pewnie chętnie udzieliłaby odpowiedzi (śmiech). Śmieję się, ale to jest taki śmiech przez łzy. Żona prosiła mnie, abym skończył, zwolnił, wrócił do domu… Nie mam do siebie pretensji, bo to jest fantastyczna praca. Robię to, co lubię, to co mnie pasjonuje, jeszcze mi za to płacą. Ja mam to szczęście, że naprawdę spełniam się w tym, co robię zawodowo. Mam też świadomość, że kiedyś będę musiał zwolnić, jednak póki co mam w sobie mnóstwo pokładów energii i to mnie nakręca. Wieczorem robię listę rzeczy jakie mam do zrobienia kolejnego dnia, czy w ciągu kilku dni i rano muszę wstać, i to realizować. Jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B.

Mówiło się, że Ciebie albo się kocha, albo nienawidzi. Teraz gdy skończyłeś grać i ludzie widzą Ciebie trochę z innej perspektywy niż boisko, mam wrażenie, że tych kochających „Kadzia” jest coraz więcej. Odczuwasz to?

Teraz mam okazję pokazać ludzką twarz. Kiedyś widziano mnie w sportowym stroju, spoconego, prężącego się, mającego pretensje do wielu osób. Dzisiaj mówię to, co widzę, co myślę, do tego mogę spełniać się w Akademii, bo ja też prowadzę tam treningi. Dużo eventów robię z wykorzystaniem wizerunku sportowców. Z Arturem Siódmiakiem zrobiliśmy sporo eventów, na których świetnie się bawiliśmy, jednocześnie pokazując dużym firmom, że jest nisza do wykorzystania. Tego jest naprawdę dużo i mam nadzieję, że to wszystko będzie trwało długie lata, tak jak długie lata siatkówka była w moim życiu.

Wróćmy do książki, która w sprzedaży jest od kilku tygodni. Jaki jest jej oddźwięk? Jakieś opinie docierają do Ciebie od ludzi ze środowiska, ale też od kibiców?

Jasne! Większość mówi, że fajny tekst, lekko się czyta, potrzebowałem wieczora, albo dwóch… Od kolegów są sygnały w stylu dzięki, że wróciły wspomnienia, czy dzięki, że opisałeś, jak to wyglądało z Twojej perspektywy. Spotykam się z ludźmi, czy na spotkaniach autorskich, czy na hali, rozdaję autografy, kibice mówią, że fajnie, bo z przymrużeniem oka, albo fajnie, bo łatwo się czyta. Na początku może trochę były obawy, ale bardzo cieszę się z tej książki.

Rozmawiała: Emilia Kotarska, Ludmiła Kamer

Facebook Comments