Katarzyna Grzyb dla s-w-o.pl: Podróż do Gdańska, pierwsze treningi i „Drużyna”

Jak Grzybki czują się w Gdańsku? Przeczytajcie sami wspomnienia Kasi o pierwszych dniach w Gdańsku!

„All Rights Reserved. Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii bez zgody ich autora jest surowo zabronione!”

Drodzy czytelnicy!

Obiecałam Wam szczegółową relację z Gdańska. 🙂 Najpierw opowiem Wam o mojej podróży z dziećmi. 29 lipca we wtorek mieliśmy lot z Rzeszowa do Gdańska. Na lotnisko odwieźli nas moi przyjaciele. Musieliśmy jechać na 2 samochody (ja, trójka dzieci, wózek i 4 ogromne walizki). Podróż samolotem z moją gromadką to było nie lada wyzwanie! Już podczas kontroli bezpieczeństwa było ciekawie. Oczywiście, trzeba było położyć wszystkie bagaże podręczne na taśmie urządzenia rentgenowskiego (włącznie z wózkiem)- do tego mój zegarek, pasek, tablet. Mimo tego bramka, przez którą przechodziłam razem z Lilianką zaświeciła się. Kazano mi zdjąć buty, a pani „kontrolerka” zrobiła nam szybką rewizję osobistą (tzw. macanko 😉 ). Musiałam także wyjąć butelki Lili (jedna z mlekiem, druga z wodą) i dać do sprawdzenia. Pan kontroler miał wątpliwości, czy w butelce z wodą rzeczywiście jest woda. Jego wskaźnik płynów podał wątpliwy wynik. Pan zapytał mnie, co takiego znajduje się w butelce mojej córki. „Woda niegazowana -Żywiec Zdrój”- odpowiedziałam. 🙂 Pan postanowił jeszcze raz poddać kontroli ten podejrzany płyn. Na szczęście okazało się, że to faktycznie była woda. Uff! 🙂 Lila jak zobaczyła swoją butelkę w rękach pana kontrolera, zaczęła płakać i wyciągać po nią rączki. Dostała z powrotem swoją własność. Pan kontroler śpieszył się z zakręcaniem butelki mówiąc: „nie denerwuj się, już ci oddaję twoją wodę”. 😉 Potem 5 minut ubierania się, pakowania kontrolowanych rzeczy i wreszcie ruszyliśmy w stronę naszej bramki. Z Rzeszowa do Gdańska nie ma bezpośredniego połączenia. Najpierw czekał nas lot do Warszawy, potem planowo 40 minut oczekiwania na samolot do Gdańska. To była pierwsza podróż samolotem Lili. Za nic nie chciała siedzieć mi na kolanach przypięta pasem. Pani stewardesa nas przypięła, a Lila zaczęła płakać i wyrywać się protestując. I wtedy szybka akcja- rozpięłam ją, sięgnęłam po mój bagaż podręczny w poszukiwaniu pomocnych akcesoriów (oczywiście jako doświadczona Matka Polka byłam przygotowana na taką okoliczność)- picie, jedzonko, tablet z Teletubisiami. 🙂 Tubisie po raz kolejny okazały się wybawieniem! Moja córka ogląda je z zafascynowaniem i zawsze przykuwają jej uwagę (niestety maksymalnie na 15 minut, ale to wystarczyło!). Jak już byliśmy w powietrzu, mogłam „uwolnić” Lilę z pasów bezpieczeństwa i pozwolić jej bawić się w samolocie. Moje starsze dzieci bardzo grzecznie siedziały w rzędzie obok mnie i podziwiały widoki zza okna. Michał mówił, że było przepięknie! Podczas lotu panie stewardessy poczęstowały pasażerów czekoladowymi wafelkami. Michał i Lenka oczywiście szybko pochłonęli swój przydział. To niestety kiepsko skończyło się dla jednego z nich. Lena poczuła mdłości i zwymiotowała. Na szczęście Michał był czujny i szybko podał jej „awaryjną” torebkę papierową. Zdążył! 🙂 Na lotnisku w Warszawie mieliśmy spore opóźnienie. Razem z nami lecieli turyści z Madrytu i kilkoro członków tej wycieczki zgubiło się. Nie dotarli do właściwej bramki. Cały samolot czekał, aż zguby się odnajdą. Mieliśmy ponad 40 minut opóźnienia! 🙁 Lila była już okropnie zmęczona (było już po 20.00). Wyjęłam jej mleko, nakarmiłam ją i uśpiłam na kolanach. Dzięki temu lot z Warszawy minął nam szybko i w ciszy (w końcu nasz rodzinny krzykacz spał). Najciekawsze czekało mnie jednak na lotnisku w Gdańsku! Przyszła pora na odebranie naszych bagaży (przypominam- 4 ogromne walizki) i przetransportowanie ich do wyjścia. Wojtek czekał na nas już na hali odlotów, ale oczywiście nie mógł przyjść do mnie i pomóc mi z bagażami. Na moje nieszczęście w pobliżu nie było również żadnego pracownika lotniska, na którego pomoc mogłabym liczyć. Współpasażerowie naszego samolotu zajęli się swoimi walizkami, musiałam liczyć tylko na siebie. W duchu liczyłam też na moje starsze dzieci- miałam nadzieję, że jak każde z nich pociągnie po jednej walizce (które były na kółkach), to ja dam radę z dwiema pozostałymi oraz wózkiem z Lilianką. Tym razem jednak los był dla mnie okrutny! 😉 Kiedy czekaliśmy na uruchomienie taśmy z bagażami, jakiś pracownik lotniska szybko otworzył boczne wejście i wprowadził wózki bagażowe. W tym czasie zauważyliśmy Wojtka stojącego w hali przylotów i chcieliśmy go zawołać, żeby nas zobaczył. Nie usłyszał naszego wołania, więc Michaś szybko wyśliznął się przez uchylone drzwi i pobiegł do Wojtka. Po chwili jednak te właśnie drzwi zostały zamknięte przez pana „wózkowego” i zostałyśmy same. Michał nie miał już możliwości powrotu do nas. Ja, Lena i Lila miałyśmy teraz same poradzić sobie z 4 wielkimi walizkami! Co za pech! 😉 Teraz, pisząc o tym, wstawiam uśmiechnięte buźki, puszczam do Was oczko, ale uwierzcie mi, że w tamtym czasie nie było mi do śmiechu. Najpierw (trzymając Lilę na rękach) musiałam ściągnąć nasze walizy z taśmy bagażowej. Następnie dwie z nich zmieściłam na wózku bagażowym. I teraz było najciekawsze! Pokonanie kilkudziesięciu metrów dzielących nas od hali bagażowej do hali przylotów wydawało się niemożliwe! Jedną ręką pchałam wielki wózek z dwiema walizami, trzecią z nich ciągnęłam w drugiej ręce. Lena jedną ręką ciągnęła swoją walizkę, a drugą próbowała pchać wózek z Lilą. Co 10 kroków stawałyśmy, bo Lenka nie dawała rady kierować wózkiem przy użyciu tylko jednej ręki. Wtedy ja popychałam wózek z Lilą do przodu i wracałam po swoje bagaże. Na ostatnim odcinku pojawił się pan celnik, zlitował się nad nami i przejął wózek z naszą dzidzią. Uchodzę za spokojną, cierpliwą i opanowaną kobietę. Wyobraźcie sobie, że w tamtej chwili byłam nie do poznania. Zmęczona, zdenerwowana, wkurzona, bezradna- pod nosem ciskałam już przekleństwami. 😉 Ja i przekleństwa! Uwierzycie? Tak było! To nie wszystko! Kiedy już dotarłyśmy do hali przylotów, gdzie czekali na nas Wojtek z Michałem, ja chłodno przywitałam mojego męża. On czekał tam na mnie stęskniony, nastawił się do buziaka, a ja tylko cmoknęłam go w policzek mówiąc „cześć”. Był bardzo zawiedziony! Tak to jest, że kiedy jesteśmy zdenerwowani zawsze dostaje się najbliższym. Wojtek nic tu nie zawinił, ale ja po tej ciężkiej dla mnie podróży byłam zła na cały świat i chciałam zamanifestować tę swoją złość! Potem oczywiście przepraszałam męża za swoje zachowanie, ale on jeszcze przez następny dzień wypominał mi jak „ładnie” przywitałam go na lotnisku. Chyba lubi jak go przepraszam. 😉 Około 22.30 dotarliśmy wreszcie do naszego mieszkania w Gdańsku. Taką właśnie miałam podróż! Jak mówi stara mądrość ludowa- co nas nie zabije to nas wzmocni. Jestem bogatsza o nowe doświadczenie. Jednak chyba przyznacie mi rację, że podróżowanie samej z 3 dzieci to bardzo trudne zadanie. 😉

Powoli aklimatyzujemy się w Gdańsku. Mieszkamy na osiedlu Przymorze i mamy 15 minut spacerem do morza. 🙂 Czujemy się tak jakbyśmy wciąż byli na wakacjach. Często chodzimy nad morze. Dzieciaki uwielbiają morskie fale (Lila jest nimi zafascynowana). Zabawy w piasku też są bardzo popularne. Najpierw Wojtek zakopał Michała i Lenkę, potem dzieci jego zakopały. Gdańsk jest pięknym miastem. Planujemy stopniowo zwiedzać najciekawsze miejsca w Trójmieście. Ostatnio byliśmy w Gdyni z zamiarem wizyty w oceanarium, jednak gigantyczna kolejka do kasy biletowej nas odstraszyła. Pozostało nam zwiedzanie Daru Pomorza. Będziemy tu na pewno cały okrągły rok, więc zdążymy zwiedzić oceanarium (poza sezonem wakacyjnym będzie to łatwiejsze). W tym tygodniu mieliśmy gości. Przyjechał tata Wojtka i jego siostrzenica. Było zwiedzanie Centrum Eksperymentów w Gdyni i wycieczka rowerowa na Westerplatte.

„All Rights Reserved. Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii bez zgody ich autora jest surowo zabronione!”

A teraz trochę o siatkówce. W zeszły weekend na plaży w Gdańsku-Brzeźnie rozgrywane były mistrzostwa Polski w piłce ręcznej plażowej. Pierwszego dnia imprezy odbył się mecz pokazowy (sportowcy kontra dziennikarze), w którym wystąpiło dwóch zaproszonych przez Artura Siódmiaka graczy LOTOSU Trefla- Grzybek i Bartek Gawryszewski. Chłopaki zagrali w jednym zespole m.in. z bokserem Dariuszem Michalczewskim, koszykarzem Filipem Dylewiczem, byłym piłkarzem Radosławem Michalskim, byłą mistrzynią fitness Aleksandrą Kobielak i oczywiście Arturem Siódmiakiem. Wojtek po raz pierwszy w życiu grał w piłkę ręczną. Podobno mój debiutant strzelał gole zarówno w meczu, jak i w serii „shoot-out”. Jestem z niego dumna! 🙂

Od poniedziałku Wojtek trenuje wraz ze swoją nową drużyną LOTOS Trefl Gdańsk. W zeszłą niedzielę w sopockim Hotelu Haffner odbyła się uroczysta, drużynowa kolacja na rozpoczęcie sezonu. Zawodnicy mieli okazję poznać się wzajemnie i przywitać się z nowym trenerem. Na razie po tygodniu treningów Wojtek jest bardzo zadowolony. Chwali profesjonalizm trenera Anastasiego oraz jego życzliwe podejście do zawodników. Miał okazję rozmawiać ze swoim szkoleniowcem na różne tematy (sportowe i pozasportowe) i ceni sobie jego otwartość i kontaktowość. W piątek 8 sierpnia odbył się premierowy pokaz filmu „Drużyna”. Zawodnicy i sztab szkoleniowy LOTOSU Trefl pojawili się w gdańskim kinie, aby obejrzeć ten dokument. Na pokazie obecni byli również fani siatkówki. Po zakończeniu seansu przyszedł czas na pytania od kibiców. Podobno najbardziej przepytywany był nasz szkoleniowiec. 😉 Słyszałam, że film „Drużyna” powinni obejrzeć wszyscy fani siatkówki. Zatem do kin kochani! Ja wraz z moją ekipą (teść, Michał i Sylwia-siostrzenica Wojtka) dzisiaj wybieramy się na ten film.

„All Rights Reserved. Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii bez zgody ich autora jest surowo zabronione!”

Mam dla Was jeszcze link do oficjalnej strony LOTOSU Trefl Gdańsk, gdzie znajduje się najnowszy wywiad z Wojtkiem. Zachęcam do przeczytania!

http://www.sport.trefl.com/siatkowka/aktualnosci/?title=Wojciech+Grzyb%3A+O+Gda%C5%84sku+my%C5%9Bla%C5%82em+z+podekscytowaniem&news_id=15133&extra-param=1

Ale się dzisiaj rozpisałam!
Koniec tego dobrego! 🙂
Życzę Wam słonecznej niedzieli, miłego tygodnia i udanego długiego weekendu!
Do napisania za 2 tygodnie.

Z pozdrowieniami,
Kasia Grzyb

Facebook Comments